sobota, 25 sierpnia 2012

012


Jechałem właśnie windą na ostatnie piętro apartamentowca, w którym mieszkam w chłopakami i tymczasowo z Berry. Gdy usłyszałem charakterystyczny dźwięk, świadczący o tym, że dojechałem, wyszedłem na korytarz. Przeszedłem przez niego, podśpiewując pod nosem jakąś piosenkę z lat osiemdziesiątych. Zatrzymałem się przy drzwiach od mieszkania mojego i Harry’ego. Szukając w tylnych kieszeniach spodni kluczy, rozglądałem się po korytarzu. Dziwnie cicho, jak na chłopców. Gdy znalazłem upragniony przedmiot wsadziłem go do zamka, z chęcią otworzenia drzwi. Zrobiłbym to, gdyby ktoś nie wyleciał z apartamentu Liam’a, zatrzaskując przy tym mocno drzwi wejściowe. Szybko odwróciłem się na pięcie i dostrzegłem, o dziwo, Berry, która stała przy ścianie, głęboko oddychając, jakby chciała się uspokoić. Chyba nie zauważyła mojej obecności. Cicho zacząłem do niej pochodzić.
- Hej, wszystko w porządku? – spytałem, gdy znalazłem się metr od niej.
Brunetka podniosła głowę, spojrzała na mnie i zaczęła powoli odchodzić, kierując się w stronę swojego mieszkania.
- Berry? – ponowiłem pytanie i ruszyłem za dziewczynę.
- Odczep się, Tomlinson. – mruknęła i przetarła oczy. Płakała? Dobra, to już serio dziwne. Chciała nacisnąć klamkę do jej apartamentu, ale szybkim ruchem złapałem ją za nadgarstki i przyciągnąłem do siebie. Popatrzyłem w jej, naprawdę piękne, brązowe oczy.
- Co się stało? – spytałem. – Nie płaczesz bez powodu. – dodałem i kciukiem starłem pojedynczą łzę, która spływała jej samotnie po policzku.
- Nie płaczę w ogóle. – powiedziała, spuszczając głowę. – Możesz mnie, z łaski swojej, puścić? Bo zacznę krzyczeć. – zaczęła się szarpać, lecz byłem za silny, żeby się mi wyrwała. Przydała się ta siłownia raz w tygodniu… - Tomlinson, do cholery! Puść mnie, kurde! – Dupa, wkurzyłem się.
- Styles, ogarnij się! Czemu ty tak ciągle udajesz? Ciągle starasz się pokazać, że jesteś samodzielna, nie potrzebujesz nikogo. Udajesz, że jesteś zimna i wredna. Ale dobrze wiemy, że taka nie jesteś! Po co to robisz? Jesteś chamska na darmo, wiesz? Po co? Odpowiedz mi, bo naprawdę nie wiem. -  wygarnąłem jej co o niej sądzę. Zresztą, to nie tylko moje zdanie. Harry uważa tak samo, tego już nie dodałem. Nie chciałem być tak wredny jak ona… No bo po co?
Nic nie mówiła, tylko patrzyła się w dół. Czyli już znam słaby punkt Berry.. Wreszcie się ocknęła i zaszczyciła mnie swoim spojrzeniem.
- Masz rację. – szepnęła – Taka jestem i już tego nie zmienię, jasne? A z resztą.. co ci do tego? – mruknęła, powstrzymując się od płaczu.
- Czemu to robisz? Po co ukrywasz łzy? Przecież to nic strasznego… - mruknąłem. – A z resztą.. nie ważne. Powiesz mi co się stało, proszę? – spytałem z nadzieją.
- Liam się stał. – szepnęła i skorzystała z tego, że przeżyłem lekki szok i ją puściłem. Szybko się wyrwała i wbiegła do swojego mieszkania, głośno zatrzaskując drzwi.
Tego to się nie spodziewałem. Że Liam? Liam, który ponoć jest w szczęśliwym związku z Danielle?
Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam.
Czyli mam rozumieć, że Liam zrobił coś, co skrzywdziło Berry?
Głupi Payne.
Nie, stop, wróć. To nie powinno mnie obchodzić. Nie powinienem się tym martwić. Bo przecież to tylko Berry, prawda? Nie powinienem o niej myśleć, ani jej wspominać, nie powinienem stać pod jej drzwiami z nadzieją, że je otworzy i przylgnie do mnie, prosząc abym objął ją ramionami, racja?
Dlatego byłem dla niej nie miły, ignorowałem ją, chciałem, żeby za mną nie przepadała. Unikałem jej towarzystwa, tylko po to, aby teraz się tak nie zachowywać. Robiłem to wszystko, żeby o niej nie myśleć, ani nie marzyć. Kłóciłem się z nią, by ona uważała mnie za dziwnego, by nie miała ochoty ze mną rozmawiać.
I wystarczyła tylko jedna rozmowa, żeby zniszczyć efekt mojej pracy, jedna głupia wymiana zdań, abym sobie coś uświadomił. Ale nie, nie pokaże tego, nie powiem o tym nikomu. Dalej będę się starał nie poczuć tego durnego uczucia, które by tylko dało mi nowe kłopoty, które by skrzywdziło i zezłościło parę osób.
Będę starał się nie zakochać.  
***
Przeglądałem się w lustrze, zastanawiając się w co się przebrać. Westchnąłem głośno i poprawiłem mokre loki. Pewnie wyglądam jak Baby Tarzan, no ale nie ważne. Nie ma to jak wspólna kąpiel pod prysznicem w ciuchach, hm? Mam siedemnaście lat, a czuję się jakbym miał co najwyżej siedem. Odmładzam się, dobrze dla mnie, nie?
Zaśmiałem się z własnej głupoty i otworzyłem szafę. Na pierwszy ogień zaatakowały mnie brudne jeansy i biała, przepocona koszulka. Tak, taki mam system. Brudne rzeczy do szafy. No bo po co przejść te parę metrów więcej i wrzucić je do kosza z rzeczami do prania, racja? Tylko bym się zmęczył.
Zaczynam być jak Zayn i Berry w jednym.. O Boże, to złe połączenie, Styles, ogarnij się i to już!
Znowu zacząłem się chichrać sam do siebie. Z niewiadomych dla mnie przyczyn czuję się jakbym powdychał trochę Marihuanny. No wiecie, bycie na haju i te sprawy. Takie trudne sprawy. Ja pierdolę.. Dlaczego ja? To dopiero ukryta prawda, nie sądzicie? Zaraz zrobię sobie jakieś pamiętniki z wakacji.
Walnąłem się w czoło i zacząłem się uspokajać. Wziąłem czarne rurki, biały T-shirt w serek, jakieś tam skarpetki w kropki i ubrałem się w te rzeczy. Jakby co, to bokserki już miałem na sobie, żeby nie było, że nie noszę.
Wychodząc z mojej sypialni wziąłem jeszcze białe Conversy, które wsunąłem na stopy oraz zwykłą jeansową kurtkę (która była Zayn’a, ale ci… nic nie wiecie) i narzuciłem ją na ramiona.
Zszedłem po schodach na dół, wstąpiłem do kuchni i wziąwszy jabłko skierowałem się do salonu. Rzuciłem się na kanapę z cichym westchnięciem.  Poleżałem chwilkę wpatrując się w interesujący sufit, po czym zacząłem grać w Pokemony na PlayStation. Interesujące, zdaję sobie z tego sprawę.
Właśnie mój Pikachu miał ewoluować w Raichu, ale ktoś wszedł do mieszkania. Zastopowałem grę i poszedłem sprawdzić, kto śmiał zakłócić moją grę.
Gdy zobaczyłem Louis’a uśmiechnąłem się. Dawno nie spędzaliśmy razem czasu. Podszedłem do niego z chęcią opowiedzenia jakiegoś suchara, którego i tak nie rozumiem, ale zobaczyłem jego smutną twarz, na której nie gościł nawet cień uśmiechu. To do niego nie podobne, Tommo prawie zawsze był wesoły.
- Hej, Hazz. – mruknął, wymuszając uśmiech, co mu nie wyszło, bo na jego twarzy pojawił się grymas. – Co tam?
- Nie ważne, Loueh. Powiedz mi, co się dzieje z tobą. Pokłóciłeś się z Eleanor, hm?
- Nie. – odpowiedział i skierował się na górę do swojej sypialni – Wybacz, Harry, ale błagam, daj mi spokój.
- Nie, Louis. Jesteś moim przyjacielem, nie lubię patrzeć, jak jesteś smutny. Widzę, że coś cie przytłacza. – oświadczyłem i ruszyłem za chłopakiem. Dogoniłem go i stanąłem przed nim. Widząc jego smutną twarz, coś mi się zrobiło w środku. Coś zabolało.  – Hej, Boo Bear. – szepnąłem, przytulając chłopaka – Nie musisz mi mówić, nie naciskam. Po prostu się martwię.
- Wiem, Harry i dziękuję ci za to. – mruknął w moje włosy słabym głosem – Muszę przemyśleć parę rzeczy, wiesz jak to jest. Obiecuję, że potem ci powiem, mały. Dobrze?
- Okej. – szepnąłem odsuwając się od niego, posłałem mu lekki uśmiech, co odwzajemnił – Ale pamiętaj, że jakby co to masz mnie. Zawsze znajdę czas, by z tobą porozmawiać.
- Wiem, Harry, pamiętam.
***
Po nieprzespanej nocy siedziałam w wspólnym mieszkaniu, na czarnej sofie, czekając na czwórkę chłopaków, tak, na czwórkę, Liama mam dość, oglądając program kulinarny, w którym ponoć miał być gość z Wenezueli, yhym..
Ta, na pewno. Poszedł sobie do solarium, przeczytał jakąś książkę kulinarną i wygląda i czuje się jak nowonarodzony Wenezuelczyk.
- O Berry, błagam, pomóż mi. – do salonu wszedł Louis, a za nim wleczący się Niall z Harrym na plecach. Z czym, ten drugi mazał Horan’a po twarzy…pomidorem? Aha.
- Nie mam ochoty na żarty, Louie.
- Berry jakaś tam Styles, wybacz, ale nie znam twego drugiego imienia, ja Louis William Tomlinson – William? Hm.. ładnie.  – proszę, abyś pomogła mi z twoim rodzonym bratem i tym czymś drugim. To jak? – widząc moją minę, chłopak przestał mnie prosić o cokolwiek, tylko zapytał:  - Powiedz mi tylko, co mam zrobić?
- Zdetonuj. – mruknęłam, wzdychając i obojętnie wzruszając ramionami.
Z korytarza usłyszałam lekki śmiech. Jego śmiech. Spojrzałam w kierunku chłopaka, a gdy nasz spojrzenia się spotkały, Liam szybko odwrócił wzrok i wyszedł z mieszkania. Świetnie, nie?
Po co mnie zapraszał, gdy miał dziewczynę? Po co? Chciał mnie skompromitować? Upokorzyć? Mieć powód do śmiechu? Czy miałam być zabawką na jedną noc? Zaliczyć, zostawić.
A co jest najgorsze?
Jest mi, o dziwo, z tym źle i smutno. Plus, to mnie dołuje.
Zacisnęłam mocno oczy, by się nie rozpłakać. Harry i Niall byli sobą zajęci, więc raczej by nie zauważyli. Podniosłam głowę i napotkałam wzrok Louis’a. Współczujący wzrok. Szybko spuściłam głowę, nie chcąc by chłopak spojrzał w moje oczy.
Usłyszałam dobrze znane mi kroki, a potem lekko ochrypły głos bruneta.
- Dobry. – mruknął i zatrzymał się. Oparł się o framugę drzwi i spojrzał na nas. Na mnie zatrzymał wzrok najdłużej. Posłał mi lekki uśmiech, którego nie odwzajemniłam, czym się zdziwił. Posłałam mu porozumiewawcze spojrzenie i jednym gestem pokazałam o co chodzi. Zayn szybko zrozumiał przekaz i zaczął szukać tego w kieszeniach. Pokiwał twierdząco głową i uśmiechnął się leciutko, co akurat odwzajemniłam. Wstałam z kanapy, mamrocząc coś o tym, że idę.
A parę minut później siedziałam z Zayn’em na dachu budynku, wypalając Marlboro.
- Co słychać? – spytał, patrząc gdzieś w przestrzeń.
- Jakoś się żyje.
- Nie palisz bez powodu, nie? – popatrzył na mnie z góry, obejmując ramieniem. – Co się stało, Berry?
- Różnie i nic. – mruknęłam, opierając głowę na ramieniu bruneta.
- Reasumując.. – westchnął – Stało się coś i za cholerę mi tego nie powiesz.
- Jesteś jakimś jasnowidzem, czy coś?
Zaśmiał się lekko, kręcąc głową.
- Ktoś by mógł pomyśleć, że jesteśmy parą. – wtrącił.
- Zdarza się, a poza tym, wątpię, żeby na dachu siedzieli paparazzi. – zachichotałam i uderzyłam chłopaka w tors.
- Zabolało. – stwierdził.  – Zemszczę się.
Obiema rękami zaczął mnie łaskotać po całym ciele. Ze śmiechu, aż położyłam się na podłodze.
- Zayyyyyn… - śmiech – Błaaaagam! Przestań!
Chłopak położył się na mnie i uśmiechnął zadziornie. Był blisko, za blisko. Niemal czułam jego bicie serca, oddech i mogłam spojrzeć w jego oczy, naprawdę ładne oczy, z odległości pięciu centymetrów. - A co będę z tego miał?
- Zboczeniec.  Wiesz co?
- Yhym? – mruknął, gładząc mnie nosem po szyi. Przyjemnie.
- Mam ochotę się tak porządnie najebać.
Chłopak uniósł się na łokciach i popatrzył na mnie z politowaniem – Umiesz zepsuć romantyczny nastrój, wiesz?
- Ta, no wiem. – zaśmiałam się, nadal leżąc pod nim. – To jak? – spytałam, poruszając brwiami.
Malik zaśmiał się i uniósł prawą brew ku górze. – Zdajesz sobie sprawę z tego, że nie skończyłaś jeszcze osiemnastki i raczej pić nie możesz?
- Tak, ale zdaję sobie również sprawę z tego, że jestem urocza, a barmani to kupią.
Brunet westchnął i popatrzył na mnie z zażenowaniem.
- Serio? – przygryzł wargę, obserwując mnie – Fakt, urocza jesteś. I tak, barmani to kupią, a potem wylądujesz z jednym w łóżku.
- Jak Liam.. – szepnęłam pod nosem.
- Liam?
- Nieważne. – powiedziałam, wysilając się na uśmiech. Zayn jeszcze chwile uważnie się na mnie patrzył, po czym spuścił wzrok.
- Powiedzmy, że tego nie słyszałem. – mruknął – Naprawdę, chcesz się najebać?
- Yhym.
- Dobrze. – popatrzyłam na niego jak na idiotę, a ten zaczął tłumaczyć – Najebiesz się, mi też się przyda, ale u mnie. Czemu? Po pierwsze, nie chcę żeby wyszły jakieś zdjęcie ze mną i tobą w klubie, bo Paul i Harry by się wkurzyli, po drugie, jeżeli się źle poczujesz, lub po prostu zaśniesz łatwiej będzie się cię przenieść do twojego mieszkania. Jakieś pytania?
- Zachowujesz się jakbyś był moim bratem, albo ojcem. – stwierdziłam. – Jeżeli to jest jeden warunek to się zgodzę. Masz Daniels’a?
- A czy wyglądam na kogoś, kto by go nie miał? – spytał i dopalił papierosa. – Która godzina?
- Dochodzi piętnasta. Chyba za wcześnie na picie, hm?
- Jak chcesz. – powiedział i wstał ze mnie. Podał mi rękę i przyciągnął do siebie. Stałam z nim twarzą w twarz.  Wziął pojedynczy kosmyk moich włosów i wsadził mi go za ucho. – I znowu romantyczny nastrój.
- Nie martw się. Pewnie znowu zaraz go popsuję. – uśmiechnęłam się do chłopaka i wtuliłam w jego tors.
- Za co to? – spytał rozbawiony, obejmując mnie.
- Dziękuję. – szepnęłam i spojrzałam w jego oczy, w którym dostrzegłam niezrozumienie – Za to, że wiesz, że jest mi z jakiegoś powodu źle i chce mi towarzyszyć w piciu. Oraz, że jesteś przy mnie.
Uśmiechnął się i pocałował mnie w czoło – Nie ma za co. Pamiętaj o mnie, okej?
- Yhym. – mruknęłam w jego obojczyk. Zamknęłam na chwilę oczy, aby rozkoszować się zapachem jego perfum – miło pachniesz.
- Ty też nie najgorzej – zaśmiał się cicho i odsunął mnie od siebie, a ja wydałam jęk niezadowolenia – No co?
- Ciepły jesteś. I ładnie pachniesz. Chodź tu jeszcze.
- Nie. – zaśmiał się. – Widzimy się u mnie?
- Okej.
               
                Stałam pod mieszkaniem Zayn’a, rozmyślając nad tym wszystkim.
Nieważne, pukaj.
Zapukałam i usłyszałam głos Malika zza drzwi – Wchodź!
Weszłam do apartamentu i przeszłam do salonu, skąd dochodziła cicha muzyka  Guns’ów. Uśmiechnęłam się pod nosem i pokierowałam się kuchni, gdzie zastałam bruneta, który..gotował?
- Co ty robisz?
- No wiesz, chciałem zrobić coś do jedzenia, a zresztą.. Nevermind.
- Nie trudź się, zamówimy chińszczyznę.  – mruknęłam i puściłam do niego oczko , ciągnąc chłopaka do salonu. Usiadłam na sofie, patrząc na Zayn’a, który usiadł obok mnie. – więc…
- Już idę. – zaśmiał się i poszedł do kuchni, po chwili wrócił z dwoma szklankami i butelką Jacka Danielsa.
- Po co szklanki? Nie lepiej z gwinta? – zachichotałam.
- Chciałem być kulturalny. – mruknął pod nosem i rzucił mi butelkę, a szklanki odstawił na stolik, stojący nieopodal kanapy. Szybko pozbyłam się zakrętki, a potem poczułam przyjemny smak cieczy.
- Chcesz? – spytałam Malika, który obserwował mój każdy ruch. Ochoczo pokiwał głową i napił się dwa razy tyle co ja. – Co alkohol robi z ludźmi..
- Ta, mam ochotę na wódkę. – mruknął, chichocząc.
- Czym chata bogata, Malik.
Po chwili piliśmy wódkę i jakieś drinki, które Zayn zrobił. Szumiało mi już w głowie o to nieźle.
- Take me down.. – zanuciłam.
- … to the paradise city.
- Where the grass is green.
- And the girls are pretty.
- Zjadłbym sera. – mruknął poważnie Malik.
- Ta, a ja szpinaku.
- Ej..
- Co?
- Lubię wiewiórki.
- Ty..
- Hm?
- Koale są spoko.
Spojrzeliśmy na siebie i jednocześnie zaczęliśmy rechotać.
- Ej, Berry.. W sumie, to jesteśmy do siebie podobni. Lubimy Guns’ów.
- Jesteśmy ładni.
- I niewyżyci.
- I zajebiści.
- Mamy zacne włosy
- Lubimy palić.
- Byłaby z nas para idealna – zaśmiałam się i zbliżyłam do bruneta – Berek! -  krzyknęłam rechocząc, ledwo wstałam z kanapy po czym chwiejnym krokiem wybiegłam z mieszkania. Chłopak był chyba mniej upity, albo bardziej doświadczony, bo ani razu się nie wywalił i nie miał spotkania czołowego ze ścianą, jak ja. Szybko mnie dogonił i pociągnął za rękę, przez co na niego wpadłam i zaczęłam się śmiać. Gdy już spoważniałam popatrzyłam w jego oczy.
- Co mi szkodzi? – mruknęłam do siebie, po czym go pocałowałam.
- Co ty robisz? – spytał zszokowany, jak się od niego oderwałam.
- Och, zamknij się i całuj, Malik.
Chłopak dosłownie wpił się w moje wargi. Te pocałunki były brutalne, co mi się spodobało.  Jego usta były gorzkie, czułam również tytoń. Zaczął ściągać ze mnie bluzkę, czego nie byłam mu dłużna bo jego pomarańczowa koszulka już dawno leżała za nami.  Oderwałam się od niego i westchnęłam.
- Jesteśmy na korytarzu. – mruknęłam, przygryzając wargę.
Chłopak szybko zrozumiał o co chodzi, bo już po chwili zatrzasnął drzwi od swojego mieszkania i całowaliśmy się na kanapie.
Ostatnie co pamiętam?
Rozbierający się Zayn. I jego dotyk na mojej nagiej skórze.
***
Wstałem z bólem głowy. Nie przespałem połowy nocy. Czemu?
Bo ciągle widziałem obraz ich razem. To znaczy.. całujący się Zayn i Berry.
Domyślam się co się stało później.
Uderzyłam z całej siły ręką w poduszkę, aby rozładować złość.
Uhm! Nie udało się.
Mam ochotę coś rozwalić.
O, wazon!
A może lepiej nie?
Lepiej będzie, jeśli pójdę i zaparzę sobie kawy i herbatki… z melisą. Na uspokojenie, czy coś.
Niemal zbiegłem po schodach, wbiegając do kuchni, gdzie zastałem Styles’a, czytającego gazetę i pijącego herbatę.
- O, wstałeś. – posłał mi uśmiech. Nic mu nie odpowiadając zalałem sobie herbatę i kawę. Harry najwidoczniej niedawno robił sobie picie, bo woda była wciąż gorąca. Jedyny plus na dzisiaj.
- Boo Bear, wszystko w porządku? – spytał z rozbawieniem w głosie.
- Z czego się śmiejesz?
- Dodałeś sobie soli zamiast cukru do kawy, a i to był kefir, nie mleko.
- Cholera. Kurde, jego mać.. Ciesz się, że nie przeklinam. – mruknąłem.
- Wow, zbawienie. – powiedział.
Siedzieliśmy chwilę w ciszy, ale czułem że muszę mu powiedzieć. To w końcu jej brat, nie?
- Harry?
- Hm, Loueh?
- Po co ściągnąłeś tu Berry? Chciałeś zacieśniać z nią braterskie relacje, no?
- Yhym..
- To czemu, do cholery, tego nie robisz? – spytałem, lekko podnosząc ton.
- No bo..jakoś nie mam czasu. – mruknął zażenowany.
- A będziesz miał czas, gdy będzie w szpitalu albo zajdzie w ciąże?
- Co? Louis, o czym ty mówisz? – podniósł głowę i wlepił we mnie zielone tęczówki.
- O prawdzie, Styles. Wiedziałeś, że twoja siostra sięgnęła po narkotyki i się cięła? Wiesz, że pali? Czy wiesz, że Liam zaprosił ją na randkę, chociaż spotyka się z Dan? A wiesz może jak spędziła wczorajszy dzień? Jak wspaniale było jej  z Zayn’em? Najpierw wspólny papieros, potem picie i na koniec seks? Może jeszcze z nim jest.. Wybacz, Harry, ale to prawda, ty nic o niej nie wiesz.
- Co, kurwa?!
_______________________________________________
Taka tam dwunastka. Moje wrażenia? 
Myślałam, że będzie lepsza, serio -,-  
No, ale opinie zostawiam dla was! :)
Jak tam przed szkołą, hm? ^^ Wakacje się udały?
Do następnego! :) 

+ informować się? zostaw w komentarzu nick z twittera.